Europejskie państwa obiecały szybkie zwiększenie wydatków na obronność, ale za politycznymi deklaracjami nie zawsze idą pieniądze. Największy problem nie polega dziś na tym, czy Europa potrzebuje silniejszych armii, lecz kto ma za nie zapłacić: podatnicy, systemy socjalne czy przyszłe pokolenia poprzez większy dług.
- Państwa najbliżej Rosji, w tym Polska i kraje bałtyckie, najpoważniej traktują nowe cele NATO
- Wielka Brytania i Francja, mimo ambicji militarnych, mają ograniczone możliwości finansowe
- Część krajów Europy Zachodniej próbuje odwlekać decyzje lub kreatywnie księgować wydatki
- Sam wzrost budżetów nie wystarczy, jeśli Europa będzie kupować sprzęt drogo, wolno i w rozproszony sposób
W jednej z fabryk w północnej Szwecji wisi ukraińska flaga z napisem „dziękujemy, zawsze”. Przekazali ją żołnierze 21. Brygady Sił Zbrojnych Ukrainy, którzy korzystają z bojowych wozów piechoty CV90 produkowanych właśnie tam. Dla pracowników zakładu należącego do BAE Systems to codzienne przypomnienie, że europejski przemysł obronny przestał być abstrakcją z budżetowych tabel. Jego wyroby rzeczywiście trafiają na front.
Zapisz się na newsletter BGR. Otrzymuj najlepsze informacje i porady, a także zaproszenia na eventy.
Klikając „Zapisz mnie”, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.
Jeszcze dekadę temu zakład Hägglunds ciął koszty, aby przetrwać. Dziś zwiększa moce produkcyjne pięcio- lub sześciokrotnie, bo zamówienia rosną w tempie niespotykanym od końca zimnej wojny. Przychody wzrosły z 211 mln dol. w 2018 r. do 1,1 mld dol. w 2025 r., a według szefostwa mogą przekroczyć 2 mld dol. rocznie. Zatrudnienie? Od 2021 r. wzrosło ponad trzykrotnie, do ok. 2,6 tys. osób.
To jasna strona europejskiego boomu obronnego. Są fabryki, nowe miejsca pracy, zamówienia na pociski, drony, pojazdy opancerzone, czołgi i okręty. Jest też polityczna świadomość, że Europa musi odbudować zdolności wojskowe na wypadek rosyjskiej agresji, być może bez pełnego wsparcia USA.
Ciemna strona jest jednak równie wyraźna. Na ulicach Brukseli protestują demonstranci pod hasłem „dobrobyt, nie wojna”. We Włoszech związki zawodowe wyprowadziły setki tysięcy ludzi przeciwko zwiększaniu wydatków na obronność. Europejczycy deklarują, że chcą silniejszych armii, ale znacznie gorzej reagują na pytanie, czy zgodzą się na wyższe podatki, cięcia świadczeń albo większy dług.
Sprawdź też: Dolar rządzi światem. Ale Ameryka znów uczy się starej lekcji
Obietnice NATO zderzają się z polityką budżetową
Nowy cel NATO zakłada, że państwa sojuszu będą zmierzać do wydatków obronnych na poziomie 3,5%. PKB oraz dodatkowych 1,5% na infrastrukturę bezpieczeństwa do 2035 r. Problem w tym, że ścieżki wielu państw nie prowadzą do tego celu. Może to wywołać ostre spory podczas szczytu NATO w Ankarze.
Najlepiej wyglądają kraje, które najbardziej obawiają się Rosji. Państwa bałtyckie, Polska czy Finlandia traktują zbrojenia jako konieczność, a nie opcję.
Litwa podnosi część podatków i wprowadza nową „składkę bezpieczeństwa”. Finlandia ogranicza wydatki na ochronę zdrowia i usługi społeczne. Według Fitch aż 11 państw europejskich finansuje co najmniej połowę wzrostu wydatków obronnych poprzez wyższe podatki albo cięcia w innych obszarach.
Druga grupa to państwa, które chciałyby zwiększać wydatki, ale mają zbyt mało przestrzeni fiskalnej i zbyt małe poparcie społeczne. Tu szczególnie kłopotliwa jest sytuacja Wielkiej Brytanii i Francji, czyli dwóch europejskich mocarstw nuklearnych. Wielka Brytania planuje dojść jedynie do 2,7% PKB do 2030 r., a analitycy wątpią, czy osiągnie 3,5% do 2035 r. Francja jest jeszcze dalej od celu, bo zakłada wzrost do 2,5% PKB do 2030 r., co i tak będzie wymagało trudnych decyzji podatkowych lub budżetowych.
Trzecia grupa to państwa, które zachowują się tak, jakby zagrożenie było problemem innych. Hiszpania wywalczyła dla siebie wyjątek i chce ograniczyć wydatki do 2,1% PKB. Portugalia deklaruje dojście do celu, ale nie pokazuje konkretnych działań. Włochy raportowały skok wydatków, choć znaczna część wzrostu wynikała z księgowego przesunięcia, a nie faktycznego zwiększenia nakładów.
Polska należy do państw, które najmocniej zwiększają wydatki obronne, bo wojna w Ukrainie nie jest dla niej odległym konfliktem, lecz bezpośrednim ostrzeżeniem. Jednocześnie także w Polsce pytanie o finansowanie armii będzie coraz trudniejsze. Modernizacja wojska konkuruje z wydatkami na zdrowie, edukację, transformację energetyczną i demografię. Im dłużej potrwa napięcie bezpieczeństwa w regionie, tym mocniej politycy będą musieli tłumaczyć obywatelom, nie tylko ile wydają, ale co konkretnie za te pieniądze kupują.
Czytaj też: Pokolenie bez pieniędzy, które rządzi kasą. Inwestorski przewodnik po Gen Alpha
Więcej pieniędzy nie oznacza jeszcze większego bezpieczeństwa
Europa ma również problem jakościowy. Nawet jeśli budżety wzrosną, pieniądze mogą zostać wydane nieefektywnie. Europejski przemysł obronny pozostaje rozdrobniony, a państwa często wolą wspierać własnych producentów niż budować wspólne zdolności. Efekt jest kosztowny: Europa używa wielu typów czołgów i produkuje kilka różnych haubic, podczas gdy USA mają znacznie bardziej zunifikowany system.
Do tego dochodzą opóźnienia, przepłacone projekty i polityczne „białe słonie”.
Niemcy niedawno anulowały program budowy okrętów wart pierwotnie 10 mld euro, gdy koszty wzrosły do 18 mld euro. Podatnicy zdążyli już wydać 2,3 mld euro na fregaty, których marynarka nigdy nie otrzyma.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: „czy państwo wydaje 3,5% PKB?”. Równie ważne jest to, czy te pieniądze dają faktyczne zdolności wojskowe, tj. brygady pancerne, zapasy amunicji, obronę przeciwlotniczą, systemy rozpoznania, logistykę i interoperacyjność z sojusznikami.
Największe budżetowe spory dopiero nadejdą. Europa przez lata korzystała z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, jednocześnie utrzymując rozbudowane państwo dobrobytu. Teraz ten model zaczyna się chwiać. Silniejsza armia może być konieczna, ale nie będzie darmowa. A rządy, które chcą przekonać obywateli do większych wydatków, muszą pokazać nie tylko zagrożenie, lecz także sensowność zakupów. Bez tego hasło „więcej na obronność” łatwo zamieni się w politycznie toksyczny rachunek bez jasnego efektu.
