Dolar rządzi światem. Ale Ameryka znów uczy się starej lekcji

Dolar rządzi światem. Ale Ameryka znów uczy się starej lekcji Dolar rządzi światem. Ale Ameryka znów uczy się starej lekcji

Dominacja dolara nie jest tylko historią o bankach, rynkach i stopach procentowych. Coraz częściej okazuje się opowieścią o polityce, wojsku, zaufaniu do państwa. I pytaniu, czy USA potrafią utrzymać globalną pozycję mimo własnych napięć wewnętrznych.

  • Dolar uczestniczy dziś w ogromnej większości transakcji walutowych i nadal nie ma następcy
  • Coraz więcej autorów przekonuje, że o sile waluty decydują nie tylko rynki, ale też wojsko, sojusze i polityczna wiarygodność państwa
  • Największe ryzyko dla dolara może nie przyjść z Chin czy kryptowalut, lecz z wewnętrznej destabilizacji USA
  • Historia Continentala, rzymskiego denara czy funta pokazuje, że waluta traci pozycję wtedy, gdy pęka zaufanie do państwa, które ją emituje

Dolar jest dziś czymś więcej niż amerykańską walutą. To infrastruktura globalnego handlu, język finansów i narzędzie politycznej siły.

Około 89% transakcji walutowych obejmuje dolara, mniej więcej połowa światowego eksportu jest wyceniana w tej walucie, a banki centralne wciąż najchętniej trzymają rezerwy właśnie w aktywach dolarowych. Od konferencji w Bretton Woods w 1944 r. świat regularnie pyta, czy ta dominacja potrwa. Odpowiedź zwykle brzmiała: tak, bo USA mają największe i najgłębsze rynki finansowe, silny bank centralny, płynne obligacje i brak prawdziwej alternatywy.

Tyle że najnowsza debata coraz mniej przypomina rozmowę ekonomistów o stopach procentowych, a coraz bardziej rozmowę historyków o imperiach.

Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i sankcjach Zachodu stało się jasne, że dolar nie jest neutralnym narzędziem rozliczeń. Jest też bronią. Dostęp do dolara można ograniczyć, zamrozić aktywa, odciąć banki od systemu finansowego. To sprawiło, że pytanie o przyszłość dolara przestało być techniczne. Stało się polityczne.

To już widać w książkach

W nowych książkach o pieniądzu powraca spór nazwany przez Barry’ego Eichengreena teorią Merkurego i Marsa. Merkury, bóg handlu, symbolizuje klasyczne wyjaśnienie: waluta dominuje, bo stoi za nią gospodarka, rynki, stabilność i wygoda użycia.

Mars, bóg wojny, przypomina, że za międzynarodową walutą często stała też siła militarna i sieć sojuszy. Rzymski denar podróżował z legionami, ateńska sowa korzystała z potęgi floty, funt umacniał się, gdy Londyn był bezpiecznym centrum finansowym w niespokojnej Europie.

Dolar nie jest prostą kopią tych przykładów. Nikt nie używa go dlatego, że amerykański żołnierz dostaje w nim pensję. Ale trudno całkowicie oddzielić go od amerykańskiej potęgi. Sojusznicy USA częściej trzymają dolarowe aktywa, a amerykański parasol bezpieczeństwa pomaga utrwalać zaufanie do systemu, którego centrum znajduje się w Waszyngtonie i Nowym Jorku. Według bardziej radykalnych interpretacji to właśnie militarna przewaga USA, a nie wyłącznie Wall Street, pozwoliła dolarowi zachować pozycję mimo spadku udziału Ameryki w globalnej gospodarce.

Nie wszyscy się z tym zgadzają. Część ekonomistów uważa, że dolar wygrywa przede wszystkim dzięki efektowi sieci. Skoro wszyscy go używają, wszystkim opłaca się używać go nadal. Euro jest zbyt niepełne politycznie, juan zbyt kontrolowany, kryptowaluty zbyt niestabilne, a złoto — za mało praktyczne dla współczesnego handlu. To dlatego dolar może być jednocześnie krytykowany i niezastąpiony.

Wyzwanie jest w samych USA

Najciekawsze w tej dyskusji jest jednak coś innego. Coraz więcej autorów sugeruje, że największe zagrożenie dla dolara nie leży za granicą. Leży w samej Ameryce. Kenneth Rogoff pisze o dolarze jako walucie „późnego wieku średniego” — nadal zdrowej, ale z objawami zmęczenia. Eswar Prasad wskazuje, że dolar korzysta z braku konkurencji, lecz podkopuje go polityka. Eichengreen idzie jeszcze dalej: przyszłość dolara zależy od tego, czy amerykańscy liderzy będą szanować praworządność, podział władz i zobowiązania wobec partnerów.

Historia daje tu niewygodną lekcję. Pierwsza amerykańska waluta, Continental, upadła nie tylko przez brytyjskie fałszerstwa. Jej wartość zależała od wiary, że młode państwo wygra wojnę i będzie w stanie wykupić swoje zobowiązania. Gdy wojna trwała dłużej, Kongres nie miał wystarczających dochodów, a polityczna konstrukcja kolonii była zbyt słaba, i zaufanie zniknęło. Powiedzenie „not worth a Continental” stało się symbolem waluty, za którą nie stało wystarczająco silne państwo.

Podobny motyw powraca przy rzymskim denarze. Gdy państwo stało się mniej spójne, bardziej skorumpowane, kosztowne militarnie i mniej przewidywalne — moneta zaczęła tracić wiarygodność. Problemem nie była tylko technika emisji pieniądza. Problemem była erozja instytucji.

Sprawdź też: 1500 zł miesięcznie z dywidend? Tyle kapitału potrzeba, by zbudować odpowiedni portfel [GIEŁDA]

A jak na tym tle wypada PLN?

Dla Polski ta debata nie jest abstrakcyjna. Złoty pozostaje walutą lokalną, ale ceny surowców, bezpieczeństwo energetyczne, globalny dług, rezerwy NBP i wycena wielu aktywów są silnie powiązane z dolarem. Każde osłabienie zaufania do USA oznaczałoby większą zmienność dla rynków wschodzących, także dla Polski. Jednocześnie pokazuje to, że siła waluty nie wynika tylko z tabel makroekonomicznych, ale z jakości instytucji, sojuszy i przewidywalności państwa.

Dlatego pytanie o dolara jest w gruncie rzeczy pytaniem o Amerykę. Jeśli wierzymy w teorię Merkurego, dolar przetrwa, bo globalny handel nadal go potrzebuje. Jeśli wierzymy w Marsa, jego dominacja będzie słabnąć wraz z politycznym i strategicznym chaosem USA.

Najbardziej prawdopodobna odpowiedź leży gdzieś pomiędzy. Dolar nie upadnie nagle, ale jego przewaga może się zużywać powoli, tak jak zużywa się zaufanie do państwa, które zbyt długo zakłada, że historia zawsze będzie działała na jego korzyść.

Czytaj też: 100 tys. zł bez podatku Belki. OKI ma przyciągnąć Polaków na giełdę

REKLAMA