W internecie możesz być kim chcesz. I dużo na tym zarabiać

W internecie możesz być kim chcesz. I dużo na tym zarabiać W internecie możesz być kim chcesz. I dużo na tym zarabiać

Geng Hongwei nie wygląda jak ktoś, kto może zatrząść chińskim światem nauki. Nagrywa techniczne filmy z mieszkania, w tle ma akwarium i komputery, a poważne tematy tłumaczy memami. A jednak to właśnie on wywołał jedną z najgłośniejszych debat o fałszowaniu badań w Chinach.

  • Geng Hongwei, znany jako „Classmate Geng”, zdobył popularność dzięki filmom o nauce, doktoratach i życiu akademickim
  • W kwietniu nagłośnił przypadek podejrzanych danych w prestiżowej pracy naukowej dotyczącej badań nad rakiem
  • Jego materiały doprowadziły do dochodzeń na kilku chińskich uczelniach i odsunięcia trzech dziekanów nauk biologicznych
  • Sprawa pokazuje, że Chiny chcą poprawiać jakość badań, ale jednocześnie niechętnie oddają kontrolę nad publiczną krytyką instytucji
Thumbnail
Rozwijaj swoją markę osobistą. Dołącz do programu BGR Expert Network

Geng Hongwei nie jest typowym reformatorem nauki. Nie stoi na czele instytutu, nie kieruje prestiżowym laboratorium. Nie buduje też kariery w tradycyjnym akademickim modelu. Jest doktorem, który porzucił uczelnianą ścieżkę, wybrał internet i zaczął nagrywać filmy dla szerokiej publiczności. Występuje jako „Classmate Geng” i tłumaczy skomplikowane sprawy w sposób lekki, czasem ironiczny, często wspierając się kreskówkowymi memami.

W kwietniu jego internetowa aktywność przestała być tylko popularyzacją nauki. Geng opublikował materiał, w którym zarzucił naukowcom z jednej z czołowych chińskich uczelni fałszowanie danych w badaniach nad spowalnianiem rozwoju raka.

Praca była powiązana z zespołem dziekana nauk biologicznych Uniwersytetu Tongji w Szanghaju, korzystała z krajowego finansowania i ukazała się w prestiżowym czasopiśmie naukowym. Dla Genga problem był szczególnie nośny: wysoki status publikacji kontrastował z, jak twierdził, wyjątkowo nieudolnym sposobem manipulowania danymi.

Nagranie szybko stało się viralem. W kolejnych materiałach influencer pokazywał następne przypadki podejrzanych danych i obrazów w publikacjach znanych badaczy zajmujących się nowotworami. Wiele z tych prac ukazywało się w tytułach powiązanych z grupą Nature, a ich autorzy mieli na koncie państwowe nagrody, granty i wysokie pozycje w systemie naukowym.

Sam Geng podkreśla, że nie jest klasycznym sygnalistą. Bardziej widzi siebie jako wzmacniacz sygnału. Część zarzutów pojawiała się wcześniej na międzynarodowej platformie PubPeer, gdzie naukowcy anonimowo komentują i weryfikują prace innych badaczy.

Problem w tym, że w Chinach takie głosy nie przebijały się do opinii publicznej. Geng zrobił to, co potrafi najlepiej. I tak zamienił hermetyczne wątpliwości w zrozumiały, atrakcyjny i masowo oglądany internetowy format.

Radzi sobie coraz lepiej

Efekty okazały się poważne. Co najmniej trzy instytucje, w tym Uniwersytet Tongji, Uniwersytet Nankai i Uniwersytet Sun Yat-sena, rozpoczęły dochodzenia. Po wykryciu nieprawidłowości odsunięto z funkcji kierowniczych trzech dziekanów nauk biologicznych, choć nie zostali oni całkowicie usunięci z uczelni. Dla wielu obserwatorów chińskiej nauki nie był to szok, lecz raczej publiczne ujawnienie problemu, o którym od dawna mówiło się po cichu.

Chińska nauka rozwija się w zawrotnym tempie. Kraj stał się światowym liderem pod względem liczby publikacji, a tamtejsze uczelnie i laboratoria coraz częściej konkurują z ośrodkami ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Ten sukces ma jednak swoją ciemną stronę. System awansów, grantów i prestiżu wciąż silnie premiuje liczbę publikacji, a nie zawsze ich jakość. W niektórych przypadkach dochodzą do tego premie finansowe, dodatki mieszkaniowe i presja na osiąganie formalnych wskaźników.

To środowisko, w którym pokusa nadużyć rośnie. Wielkie zespoły badawcze skupione wokół jednej akademickiej gwiazdy mogą liczyć setki osób, co utrudnia kontrolę jakości.

Młodzi naukowcy często nie chcą mówić głośno o problemach, bo ich kariery zależą od przełożonych, promotorów i sieci instytucjonalnych powiązań. Geng ma większą swobodę właśnie dlatego, że wypadł z klasycznego akademickiego toru. Nie musi zabiegać o stanowisko na uczelni ani o przychylność naukowych hierarchii.

Jego popularność jest dla władz zarówno wygodna, jak i kłopotliwa. Z jednej strony Pekin od lat deklaruje, że chce przechodzić od ilości do jakości w nauce. Krytyk taki jak Geng może więc działać jak katalizator zmian i wymuszać większą przejrzystość, lepszą weryfikację danych czy tworzenie niezależnych mechanizmów kontroli.

O tym, że jego działania przez pewien czas mieściły się w akceptowalnych granicach, świadczy choćby fakt, że zainteresowały się nim także państwowe media.

Z drugiej strony w Chinach krytyka instytucji ma wyraźne limity. Pod koniec maja platformy wideo zaczęły ograniczać widoczność jego nowych postów. Geng sugerował, że dano mu do zrozumienia, by wrócił do szerszych tematów, zamiast bez końca publikować kolejne materiały o oszustwach. Jego bliscy obawiają się, że przekracza niewidzialną granicę bezpieczeństwa. On sam mówi, że wyszedł już z długów i chce skupić się na „jakościowych treściach”.

Sprawdź też: Od problemu przy obiedzie do marki w Target. Ciara zamieniła rodzicielską frustrację w biznes

W Polsce niekoniecznie

Dla Polski ta historia jest ważnym ostrzeżeniem. Nasze uczelnie i instytuty także działają pod presją punktów, grantów, rankingów i publikacji w wysoko punktowanych czasopismach. Problemem nie musi być tylko jawne fałszerstwo, ale też produkowanie badań „pod system”, nadmierne premiowanie ilości i słaba kultura otwartej recenzji. Sprawa Genga pokazuje, że nauka potrzebuje nie tylko pieniędzy, lecz także zaufania, przejrzystości i realnej odpowiedzialności.

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie tylko, ile oszustw wykrył jeden influencer. Ważniejsze jest to, czy jego przypadek doprowadzi do głębszej zmiany reguł gry.

Bo nauka, zwłaszcza w obszarach tak wrażliwych jak medycyna czy onkologia, nie może opierać się wyłącznie na zaufaniu do nazwisk, instytucji i prestiżowych czasopism.

Musi być systemem, w którym dane można sprawdzić, błędy można ujawnić, a krytyka nie jest traktowana jak atak, lecz jak część procesu dochodzenia do prawdy.

Historia „Classmate Genga” pokazuje też paradoks współczesnych Chin. Państwo chce być potęgą naukową, ale nauka wymaga swobody, otwartych danych i zewnętrznej wiarygodności. Tego nie da się zadekretować centralnie. Można zbudować laboratoria, przyznać granty i publikować tysiące artykułów, ale zaufanie do wyników powstaje dopiero wtedy, gdy system pozwala zadawać niewygodne pytania. Nawet wtedy, gdy robi to rozczochrany influencer z mieszkania w przemysłowym mieście północno-wschodnich Chin.

Czytaj też: Smartfon dla dziecka? Naukowcy wskazują wiek, poniżej którego lepiej nie ryzykować

REKLAMA