Zamiast tworzyć kolejną aplikację albo marzyć o startupie wartym miliard dolarów, Ireland McCaughey i Ben Razin postawili na biznes niemal tak stary jak samo miasto: pralnię samoobsługową. Młodzi przedsiębiorcy zaryzykowali własnym kapitałem, zaciągnęli dług i przenieśli się do Nowego Jorku. Ich historia pokazuje, dlaczego część pokolenia Z zaczyna dostrzegać ogromny potencjał w firmach, które przez lata uchodziły za zbyt zwyczajne, by były atrakcyjne.
- Coraz więcej młodych przedsiębiorców interesuje się przejmowaniem tradycyjnych firm od właścicieli zbliżających się do emerytury
- McCaughey i Razin stworzyli w Brooklynie pralnię, która ma bardziej przypominać kawiarnię i lokalną przestrzeń spotkań niż klasyczny punkt usługowy
- Kluczowym elementem ich strategii nie jest technologia, lecz marka, doświadczenie klienta i nowe źródła przychodów
- Eksperci ostrzegają jednak, że internetowa moda na „nudne biznesy” jest znacznie większa niż faktyczna liczba transakcji kupna takich firm
Pomysł nie narodził się podczas startupowego hackathonu ani spotkania z funduszem venture capital. Podczas świątecznej kolacji w 2023 r. 25-letnia Ireland McCaughey słuchała, jak jej rodzina rozmawia o znajomych przygotowujących się do emerytury. Wielu z nich prowadziło od lat myjnie samochodowe, pralnie czy parkingi. Problem polegał na tym, że ich dzieci nie chciały przejmować rodzinnych przedsiębiorstw.
Zapisz się na newsletter BGR. Otrzymuj najlepsze informacje i porady, a także zaproszenia na eventy.
Klikając „Zapisz mnie”, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.
McCaughey i jej biznesowy partner Ben Razin zobaczyli w tym coś więcej niż historię o zmianie pokoleniowej. Dostrzegli lukę. Młodzi przedsiębiorcy masowo kierują uwagę na technologie, sztuczną inteligencję, aplikacje czy e-commerce. Tymczasem tysiące tradycyjnych biznesów nadal generują przychody, mają klientów i funkcjonują na rynkach, na których popyt prawdopodobnie nie zniknie tylko dlatego, że zmienia się moda.
McCaughey przyznaje, że właśnie to ich zainteresowało. Ludzie w ich wieku często pomijają tradycyjne branże, podczas gdy właściciele działających w nich firm starzeją się i zaczynają myśleć o sprzedaży.
Idea „boring businesses”, czyli „nudnych biznesów”, stała się w ostatnich latach popularna m.in. dzięki inwestorce i przedsiębiorczyni Codie Sanchez. Koncepcja jest prosta. Na czym polega? Zamiast budować firmę od zera, można kupić albo unowocześnić przedsiębiorstwo prowadzące działalność, której gospodarka potrzebuje niezależnie od aktualnych trendów.
McCaughey i Razin poszli o krok dalej. Nie chcieli tylko prowadzić kolejnej pralni. Chcieli sprawdzić, czy jeden z najbardziej tradycyjnych biznesów usługowych da się zaprojektować na nowo.
Tempo było ogromne. W ciągu kilku miesięcy przeszli od rozmowy przy świątecznym stole do prezentacji projektu inwestorom i kredytodawcom. Wzięli na siebie zobowiązania finansowe, spakowali rzeczy w Orange County i przenieśli się do Nowego Jorku.
1 lipca 2024 r. podpisali umowę najmu lokalu. Dostali sześć miesięcy bez czynszu, które miały wystarczyć na przygotowanie i uruchomienie biznesu.
Mieli szczęście. Lokal dysponował już instalacjami gazowymi, wodnymi i elektrycznymi pozwalającymi na prowadzenie pralni. Dzięki temu uniknęli długotrwałej procedury związanej z przebudową i pozwoleniami.
Ale jednocześnie ruszył zegar. W styczniu kończył się okres bezpłatnego najmu. Każdy dzień opóźnienia oznaczał, że przedsiębiorcy zbliżają się do momentu, kiedy pojawią się duże koszty, niezależnie od tego, czy firma będzie już generowała przychody.
Jak mówi Razin, w takiej sytuacji „masz plecy pod ścianą”. Nie pozostaje nic innego, jak doprowadzić projekt do końca.
Sprawdź też: Franczyza SFD ma już 67 sklepów, a próg wejścia zaczyna się od 70 tys. zł [WYWIAD]
Pralnia, w której klienci mają chcieć zostać dłużej
Paradoksalnie jedną z największych zalet tradycyjnych pralni jest według Razina to, że przez dekady prawie nie musiały się zmieniać.
Jeżeli klient znajdzie wygodny punkt, którego maszyny działają i który znajduje się niedaleko domu, trudno go stracić. Operator musiałby zrobić coś naprawdę źle, aby zmusić stałego klienta do szukania alternatywy. To model oparty przede wszystkim na lokalizacji i wygodzie.
McCaughey i Razin postawili inne pytanie: co się wydarzy, jeżeli pralnia zacznie konkurować również doświadczeniem klienta?
Tak powstała Launderette na Brooklynie. Zamiast ustawić pralki i suszarki na każdym możliwym metrze powierzchni, przedsiębiorcy świadomie zrezygnowali z części potencjalnie dochodowego miejsca. Pojawiły się wspólne stoły, miejsca do pracy oraz przestrzeń, w której można usiąść i spędzić czas.
Lokal ma bardziej przypominać przyjazną sąsiedzką kawiarnię niż pomieszczenie wypełnione rzędami pralek.
Dla doświadczonych operatorów pralni pomysł wydawał się nieracjonalny. Doradcy ostrzegali przedsiębiorców, że nie powinni rezygnować z powierzchni, na której można ustawić dodatkowe maszyny. McCaughey uważa jednak, że tradycyjne podejście nie uwzględnia znaczenia marki dla młodszych konsumentów.
Właśnie tutaj historia Launderette staje się ciekawsza niż sam biznes pralniczy. Podobna transformacja zachodzi w wielu tradycyjnych branżach. Firmy, które kiedyś konkurowały głównie lokalizacją, ceną lub szybkością obsługi, zaczynają wykorzystywać branding jako sposób na wyróżnienie się.
Przykładem jest kalifornijska stacja benzynowa Maggie’s, budująca komunikację wokół połączenia paliwa, kawy i drobnych przyjemności. Z kolei nowojorska firma przeprowadzkowa Piece of Cake stworzyła rozpoznawalną markę w branży, która przez lata była niemal całkowicie transakcyjna.
Launderette korzysta z podobnego mechanizmu. Efektem są źródła przychodów, których typowa osiedlowa pralnia mogłaby nawet nie brać pod uwagę. Firma zaczęła obsługiwać klientów biznesowych, m.in. hotele i studia pilatesu. Przestrzeń wynajmowały także marki takie jak Brooklinen i Tower 28, organizując w niej wydarzenia.
Pralnia przestaje więc być wyłącznie miejscem, do którego mieszkańcy przynoszą brudne ubrania. Staje się marką oraz fizyczną przestrzenią, którą można wykorzystać na wiele sposobów.
Internet pokochał „nudne biznesy”. Problem w tym, że kupuje je niewielu
Moda na tradycyjne firmy ma jednak drugą stronę. Scott Shane, profesor przedsiębiorczości na Case Western Reserve University, zwraca uwagę, że zainteresowanie kupowaniem „nudnych biznesów” w mediach społecznościowych jest znacznie większe niż rzeczywista liczba transakcji.
W 2025 r. Amerykanie złożyli 5,62 mln wniosków związanych z rozpoczęciem działalności gospodarczej, o ok. 8% więcej niż rok wcześniej i blisko historycznych rekordów. Jednocześnie BizBuySell, największy amerykański marketplace firm wystawionych na sprzedaż, odnotował mniej niż 10 tys. zakończonych transakcji sprzedaży przedsiębiorstw.
Na początku 2026 r. ich liczba jeszcze spadała. Zdaniem Shane’a oglądanie filmów o kupowaniu pralni jest czymś zupełnie innym niż faktyczne kupienie pralni. Pomiędzy deklarowanym zainteresowaniem przedsiębiorczością a przejęciem działającej firmy istnieje ogromna przepaść.
Powód łatwo zobaczyć na przykładzie McCaughey i Razina. „Nudny biznes” może mieć przewidywalny popyt, ale nadal wymaga kapitału, finansowania, negocjacji z inwestorami, decyzji dotyczących nieruchomości, zatrudnienia, marketingu i codziennego zarządzania. Nie jest automatem generującym pasywny dochód.
Codie Sanchez uważa jednak, że właśnie dlatego ten model może być atrakcyjny. Jej zdaniem przez lata dominowała narracja mówiąca przedsiębiorcom: zbuduj kolejnego jednorożca.
Problem polega na tym, że ekonomia venture capital działa dla niewielkiej części przedsiębiorców. Alternatywą jest biznes, który już ma klientów, generuje przychody i rozwiązuje istniejący problem. Nie trzeba tworzyć zupełnie nowego rynku. Można poprawić coś, co już działa.
Sukcesja może stworzyć podobne okazje
W Polsce podobnych możliwości również nie trzeba szukać wyłącznie w sektorze technologicznym. Wiele pralni, warsztatów, niewielkich firm produkcyjnych, parkingów, myjni czy przedsiębiorstw usługowych powstawało jeszcze w latach 90. i dziś stoi przed zmianą pokoleniową. Dla młodszych przedsiębiorców szansą może być nie wymyślanie kolejnej aplikacji, lecz połączenie sprawdzonego modelu działalności z lepszą marką, cyfrową obsługą klienta, sprzedażą online i nowoczesnym marketingiem.
McCaughey i Razin nie wiedzą jeszcze, jak będzie wyglądał kolejny etap. Rozważają otwarcie następnej Launderette, stworzenie magazynu pozwalającego zwiększyć skalę komercyjnych usług pralniczych albo wejście na rynek odbioru i dostarczania prania, na którym mogliby kiedyś konkurować z największymi operatorami w Nowym Jorku.
Nie próbują jednak budować za wszelką cenę firmy, która w ciągu kilku lat osiągnie miliardową wycenę.
Ich podejście jest znacznie bardziej przyziemne: rozwijać przedsiębiorstwo krok po kroku i sprawdzać, które kierunki rzeczywiście mają ekonomiczny sens.
I być może właśnie na tym polega największa zmiana. Dla części młodego pokolenia przedsiębiorczość przestaje oznaczać wyłącznie tworzenie czegoś, czego świat jeszcze nie widział.
Czasami atrakcyjniejszą okazją może być coś dokładnie odwrotnego, czyli firma działająca od kilkudziesięciu lat, której nikt od dawna nie próbował wymyślić na nowo.
Czytaj też: Biedronka bez franczyzy. Największa sieć w Polsce nie sprzedaje szyldu — i ma w tym interes
