Moda na pierścienie i opaski. Dlaczego inwestorzy powinni uważać na Oura i Whoop

Moda na pierścienie i opaski. Dlaczego inwestorzy powinni uważać na Oura i Whoop Moda na pierścienie i opaski. Dlaczego inwestorzy powinni uważać na Oura i Whoop

Wearables przestały być gadżetem dla sportowych zapaleńców. Sen, tętno, regeneracja i poziom stresu trafiają dziś do aplikacji w formie czytelnych wykresów. Oura i Whoop chcą wykorzystać ten trend, szykując się do giełdowych debiutów przy wycenach sięgających 10–11 mld dol. Problem w tym, że historia rynku elektroniki konsumenckiej każe zachować ostrożność.

  • Oura i Whoop są wyceniane prywatnie na ok. 10–11 mld dolarów, czyli około 10-krotność przychodów
  • Oura sprzedała ponad 5,5 mln pierścieni, a Whoop deklaruje ponad 2,5 mln użytkowników na świecie
  • Historia Fitbita pokazuje, że szybki wzrost w wearables nie musi oznaczać trwałej przewagi rynkowej
  • Największą szansą dla branży może być medycyna, ale przejście od wellness do klinicznego monitoringu będzie długie i regulacyjnie trudne
Thumbnail
Rozwijaj swoją markę osobistą. Dołącz do programu BGR Expert Network

Biologia człowieka coraz częściej wygląda jak panel analityczny. Zamiast zastanawiać się, czy dobrze spaliśmy, patrzymy na wynik snu. Zamiast oceniać samopoczucie — śledzimy tętno spoczynkowe, zmienność rytmu serca, temperaturę skóry i poziom regeneracji. Dla milionów użytkowników to praktyczne wsparcie w codziennym dbaniu o zdrowie. Dla inwestorów to z kolei kusząca opowieść o nowej kategorii biznesu, która łączy technologię, zdrowie, sport i subskrypcje.

Na tej fali płyną dziś Oura i Whoop. Pierwsza firma spopularyzowała inteligentny pierścień kosztujący około 400 dol., noszony przez przedsiębiorców, sportowców, ludzi z Wall Street i celebrytów.

Druga zbudowała markę wokół opaski bez ekranu, skierowanej do osób obsesyjnie analizujących trening, sen i regenerację. Whoop korzysta z modelu subskrypcyjnego, a wśród osób promujących lub wspierających markę pojawiały się nazwiska takie jak LeBron James czy Cristiano Ronaldo.

Obie firmy rosną szybko i rozważają wejście na giełdę. Obie pozyskały kapitał przy prywatnych wycenach rzędu 10–11 mld dol. To poziomy, które sugerują, że inwestorzy widzą w nich nie tylko producentów sprzętu, ale potencjalne platformy związane z danymi i zdrowiem. Oura informowała o sprzedaży ponad 5,5 mln pierścieni, a według danych IDC w pierwszym kwartale roku znalazła się wśród najpopularniejszych marek wearables w USA pod względem liczby sprzedanych urządzeń, za Apple i Google. Whoop deklaruje z kolei ponad 2,5 mln członków na świecie.

To niekoniecznie jest pewny sukces

A jednak giełdowa historia podobnych spółek nie jest jednoznacznie optymistyczna. Najważniejszym ostrzeżeniem pozostaje Fitbit. Dekadę temu firma była symbolem boomu na liczenie kroków i monitorowanie aktywności. Po debiucie giełdowym jej kapitalizacja zbliżyła się do 10 mld dol., czyli mniej więcej do poziomu, na którym prywatny rynek wycenia dziś Oura i Whoop. Potem wzrost zaczął hamować, a proste opaski fitness zostały wypierane przez wielofunkcyjne smartwatche, przede wszystkim Apple Watch. I ogromną konkurencję z Chin. Ostatecznie w 2021 r. Fitbit trafił do Google za ok. 2,1 mld dol., czyli za mniej niż dwukrotność przychodów.

Oura i Whoop mają argumenty, których Fitbit nie miał w takiej skali. Nie sprzedają prostych liczników kroków, lecz produkty premium, które przekładają dane biometryczne na łatwe do zrozumienia rekomendacje: kiedy odpocząć, kiedy trenować, czy organizm może walczyć z infekcją, jak wygląda jakość snu.

Brak ekranu również działa na ich korzyść. Te urządzenia mogą być dodatkiem do Apple Watcha albo alternatywą dla osób, które nie chcą kolejnego wyświetlacza.

Problem polega na tym, że premium w elektronice konsumenckiej bywa trudne do obrony. Peloton też był kiedyś postrzegany jako firma technologiczna, społecznościowa i sprzętowa zarazem, korzystająca z potężnego trendu dbania o formę. Wall Street przez pewien czas wyceniała ją jak spółkę wzrostową, niemal software’ową. Potem okazało się, że hardware oznacza koszty produkcji, logistykę, serwis, marketing i presję na marże. Nawet w najlepszych latach Peloton nie osiągał rentowności typowej dla firm software’owych.

Podobne ryzyka widać w przypadku Oura i Whoop. Pozyskiwanie klientów w segmencie direct-to-consumer jest drogie, a użytkownicy mogą z czasem zmęczyć się ciągłym śledzeniem danych.

Oura prowadzi obecnie największą kampanię marketingową w swojej historii, m.in. przy okazji wydarzeń takich jak finały NBA. To może napędzać sprzedaż, ale równocześnie obciąża rentowność. A jeśli wzrost wymaga coraz większych wydatków reklamowych, inwestorzy mogą zacząć inaczej patrzeć na wyceny.

Konkurencja również nie śpi. Oura broni swojego rynku także prawnie, składając skargi patentowe przeciwko rywalom, w tym Samsungowi i indyjskiemu Ultrahumanowi. Nawet jeśli firma utrzyma mocną pozycję w inteligentnych pierścieniach, wiele podstawowych pomiarów — sen REM, tętno spoczynkowe, aktywność czy regenerację — mogą oferować tańsze urządzenia noszone na nadgarstku. Dla przeciętnego konsumenta różnica między „wystarczająco dobrym” a „bardziej precyzyjnym” może nie uzasadniać wysokiej ceny i abonamentu.

Tu pojawia się najważniejsze pytanie. Jak duży naprawdę jest rynek? Smart ringi należą do nielicznych kategorii wearables, które nadal wyraźnie rosną, ale według IDC w USA ich sprzedaż może zacząć się wypłaszczać około 2028 r. Powodem są wysokie ceny i brak przełomowych funkcji, które mogłyby otworzyć kategorię na masowego klienta. Oura i Whoop świetnie trafiają do zamożnych, świadomych zdrowotnie konsumentów. Trudniej jednak przekonać osoby, które ograniczają wydatki, że potrzebują kolejnej subskrypcji przypominającej im, że powinny więcej spać i ćwiczyć.

Czytaj też: Lody, polityka i wojna o duszę marki. Ben & Jerry’s kontra Magnum

W naszym kraju ciągle sporo do zrobienia

W Polsce wearables są dobrze znane dzięki Apple Watchowi, Garminowi, Samsungowi czy tańszym opaskom Xiaomi, ale zakup pierścienia za równowartość kilkunastu setek złotych plus abonament to nadal decyzja dla wąskiej grupy klientów. W realiach wysokiej wrażliwości cenowej i ostrożności wobec subskrypcji Oura czy Whoop musiałyby konkurować nie tylko technologią, lecz także jasną obietnicą: co użytkownik rzeczywiście zyska poza kolejnym wynikiem w aplikacji.

Najbardziej przekonujący scenariusz wzrostu zakłada medykalizację. Jeśli wearables staną się narzędziami używanymi przez lekarzy, ubezpieczycieli i systemy ochrony zdrowia, ich potencjał może znacząco wzrosnąć. Monitorowanie chorób przewlekłych, wczesne ostrzeganie przed infekcjami, analiza snu czy zdalna opieka nad pacjentem to obszary, w których dane z urządzeń noszonych mogą mieć sporą wartość. Tyle że droga od gadżetu wellness do narzędzia klinicznego jest długa, kosztowna i mocno regulowana.

Dlatego inwestorzy powinni rozdzielić dwie rzeczy. Pierwsza: popularność trendu, a druga — atrakcyjność wyceny. Obsesja na punkcie zdrowia, snu, regeneracji i samodoskonalenia nie zniknie. To stały element nowoczesnej gospodarki, napędzany przez ludzi, którzy analizują skład granoli, ćwiczą według planu i chcą optymalizować każdy aspekt życia. Ale to nadal może być nisza, nie masowy rynek na miarę smartfonów.

Garmin, firma rentowna, praktycznie bez długu i mocna w segmencie fitness, jest wyceniany na około pięcio- lub sześciokrotność przychodów. To mniej więcej połowa mnożnika, jaki prywatny rynek przypisuje dziś Oura i Whoop. Jeśli po debiucie giełdowym wzrost tych firm spowolni, korekta wycen może być szybka.

LeBron James może wydawać fortunę na utrzymanie ciała w idealnej formie i z łatwością opłacać Whoop. To jednak nie znaczy, że podobnie zachowa się przeciętny konsument. Wearables są coraz lepsze, coraz bardziej użyteczne i coraz mocniej obecne w codziennym życiu. Ale inwestowanie w ich producentów wymaga chłodniejszego spojrzenia niż same wykresy regeneracji po dobrze przespanej nocy.

Sprawdź też: Kosmiczny test Wall Street. Debiut SpaceX może ustawić rynek IPO na lata

REKLAMA