Badanie wzroku zwykle kojarzy się z umawianiem wizyty, gabinetem i specjalistycznym sprzętem. Startup Eyebot chce sprowadzić część tej procedury do postoju podczas zakupów. Jego samoobsługowe kioski w około 90 sekund wykonują pomiary potrzebne do przygotowania recepty na okulary, a wynik trafia następnie do licencjonowanego specjalisty. Firma odpowiada na rosnące zapotrzebowanie na opiekę nad wzrokiem i niedobór optometrystów — na razie tylko w USA.
- Eyebot rozwija kioski, które pozwalają przeprowadzić podstawowy test wzroku w około 90 sekund bez wcześniejszego umawiania wizyty
- Urządzenia trafiają m.in. do wybranych sklepów Walmart i Sam’s Club oraz punktów optycznych w ośmiu amerykańskich stanach
- Startup podkreśla, że automat nie ma zastępować pełnego badania okulistycznego, a każda recepta jest weryfikowana przez licencjonowanego specjalistę
- Pomysł wyrósł z wcześniejszej porażki założyciela, który przekonał się, że dobra technologia przegrywa, jeśli jest zbyt skomplikowana dla użytkownika
Matthias Hofmann, współzałożyciel i CEO Eyebot, nie zaczął od kiosków ustawianych w wielkich sklepach. Przez ponad dekadę próbował uprościć dostęp do badań wzroku. Wcześniej pracował jako inżynier w EyeNetra, jednej z pierwszych firm rozwijających testy wzroku na smartfonie.
Zapisz się na newsletter BGR. Otrzymuj najlepsze informacje i porady, a także zaproszenia na eventy.
Klikając „Zapisz mnie”, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.
Na papierze pomysł wydawał się idealny. Telefon ma niemal każdy, więc przeniesienie części badania do aplikacji powinno obniżyć koszty i zwiększyć skalę usługi. Problem polegał na tym, że technologia wymagała od użytkownika zbyt wiele: pobrania aplikacji, dokładnego wykonywania instrukcji, prawidłowego trzymania telefonu i przejścia całej procedury bez błędu.
Pomiary mogły być dokładne, ale doświadczenie użytkownika okazało się przeszkodą. Hofmann uznał, że przeciętny klient nie chce uczyć się nowej procedury tylko po to, by sprawdzić wzrok. Rozwiązanie musi być proste także dla osoby starszej i niewprawionej technologicznie.
To zmieniło sposób, w jaki przedsiębiorca definiował problem. Przestał pytać, jak stworzyć jeszcze lepszy test na smartfonie. Zaczął zastanawiać się, jak sprawić, aby uzyskanie recepty na okulary odbywało się niemal bez wysiłku. Stąd pomysł na kiosk ustawiony tam, gdzie ludzie i tak bywają.
Historia Eyebot jest przy okazji przykładem lekcji, którą wielu przedsiębiorców poznaje dopiero po nieudanej pierwszej wersji produktu. Rozwiązanie rzeczywistego problemu nie wystarcza, jeśli klient musi wykonać zbyt dużo pracy, aby z niego skorzystać. Technologia może działać bez zarzutu, ale przegrać z wygodą.
Sprawdź też: AI stworzyła nowego wirusa. To przełom, który może leczyć — i niepokoić
Test wzroku przy okazji kupowania karmy i ręczników papierowych
Eyebot wykorzystuje prostą obserwację biznesową. Recepta na okulary nie jest dla konsumenta celem, lecz krokiem potrzebnym do kupienia nowych szkieł. Jeśli ten etap trwa tygodniami lub miesiącami, cierpi nie tylko pacjent, lecz również sprzedawca.
Według Hofmanna w wielu miejscach w USA powstało wąskie gardło. Zapotrzebowanie na opiekę nad wzrokiem rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństwa i częstszymi problemami ze wzrokiem, a jednocześnie brakuje specjalistów. Według danych przytaczanych przez firmę w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych otwartych było ponad 40 tys. stanowisk związanych z profesjonalną opieką nad wzrokiem.
W efekcie klienci mogą długo czekać na termin, mimo że sklepy optyczne mają sprzęt i są gotowe sprzedać okulary. Z perspektywy sprzedawcy tworzy to nietypową sytuację: klient chce kupić produkt, sklep może go dostarczyć, ale transakcję blokuje brak aktualnej recepty.
Kioski Eyebot mają usunąć właśnie ten problem. Firma wdraża je w wybranych lokalizacjach Walmart i Sam’s Club oraz u innych sprzedawców optycznych. Klient podczas zakupów wykonuje samoobsługowy test i po około półtorej minuty ma dane potrzebne do przygotowania recepty.
Automat nie wystawia jej jednak samodzielnie. Zebrane informacje trafiają do licencjonowanego specjalisty, który je ocenia. Eyebot zaznacza też, że usługa nie jest pełnym badaniem okulistycznym i nie służy do diagnozowania chorób oczu. Firma określa swoją rolę jako „wypełnianie luk”, a nie zastępowanie lekarzy.
Część optometrystów obawia się jednak, że użytkownik może uznać szybką aktualizację korekcji za zamiennik kompleksowej kontroli. Tymczasem można widzieć ostro dzięki właściwym szkłom, a jednocześnie mieć problem zdrowotny wymagający diagnostyki. Model Eyebot zakłada więc, że automatyzacja przejmuje prostą, powtarzalną część procesu, a człowiek pozostaje odpowiedzialny za decyzję medyczną.
To także istotna różnica wobec narracji o sztucznej inteligencji i automatyzacji zastępującej specjalistów. Tutaj technologia ma przede wszystkim odciążyć system od rutynowych czynności i zwiększyć liczbę osób, które w ogóle trafiają do procesu opieki nad wzrokiem.
Od recepty do pierwszego punktu kontaktu z ochroną wzroku
Ambicje firmy sięgają dalej niż odnowienie recepty. Hofmann widzi w kioskach potencjalną infrastrukturę pierwszego kontaktu. Kolejne wersje rozwiązania mogłyby obejmować recepty na soczewki kontaktowe, badania przesiewowe pod kątem wybranych nieprawidłowości oraz kierowanie użytkowników do lekarza.
Kluczowe jest jednak zachowanie granicy między screeningiem a diagnozą. CEO Eyebot podkreśla, że rozpoznawanie chorób oczu powinno pozostać domeną lekarza. Automat może natomiast szybciej zauważyć, że coś jest nie tak, i skierować człowieka do właściwej ścieżki opieki.
Z biznesowego punktu widzenia to przykład trendu przenoszenia prostych procedur z gabinetów do miejsc, w których pacjent już się znajduje. Podobną logikę widać w telemedycynie czy punktach diagnostycznych działających przy aptekach.
Hofmann wskazuje szczególnie osoby mające trudności z dostępem do tradycyjnej opieki: pracujące na kilku etatach, bez ubezpieczenia wzroku albo zwyczajnie niemające czasu na umawianie wizyty. W takim ujęciu kiosk nie jest technologicznym gadżetem, lecz próbą obniżenia bariery wejścia do systemu.
Polski kontekst również pokazuje, dlaczego łatwiejsze badania przesiewowe mogą zyskiwać na znaczeniu. W pilotażu programu „Dobrze widzieć” przebadano 1052 dzieci w wieku 6–9 lat z województwa lubelskiego, a 391 skierowano na pogłębioną diagnostykę; wykrywano m.in. nadwzroczność, krótkowzroczność i astygmatyzm. Resort nauki wskazywał też, że w Polsce brakuje pełnych danych o skali krótkowzroczności u dzieci, bo wada bywa rozpoznawana przypadkowo i zbyt późno.
Nie oznacza to, że kioski takie jak Eyebot można w Polsce wdrożyć jeden do jednego. Inne są regulacje i organizacja opieki. Sam kierunek jest jednak czytelny: przy rosnącym zapotrzebowaniu na kontrolę wzroku warto automatyzować te czynności, które nie wymagają bezpośredniego udziału specjalisty, pozostawiając lekarzom i optometrystom przypadki wymagające interpretacji.
Najciekawsza lekcja z historii Eyebot nie dotyczy zresztą wyłącznie medycyny. Hofmann najpierw próbował sprawić, by użytkownik nauczył się korzystać z innowacyjnej technologii. Dopiero później odwrócił pytanie i zaczął projektować technologię tak, by użytkownik niemal nie musiał się jej uczyć. Dla startupów właśnie ta różnica często decyduje o tym, czy dobre rozwiązanie pozostanie ciekawostką, czy stanie się produktem masowym.
Czytaj też: Światłowód zamiast miedzi. Ta firma chce przebudować centra danych dla sztucznej inteligencji
