Meta zmienia zasady działania narzędzia, które monitoruje aktywność pracowników przy komputerze. Po tygodniach krytyki firma zgodziła się, aby zatrudnieni mogli na… 30 minut wstrzymać rejestrowanie ruchów myszą i uderzeń w klawiaturę. To drobna korekta, ale odsłania znacznie większy problem: jak daleko firmy mogą się posunąć, gdy chcą trenować własne modele AI na zachowaniach pracowników.
- Meta pozwoli pracownikom czasowo zatrzymać działanie narzędzia śledzącego aktywność przy komputerze
- System ma pomagać w trenowaniu modeli AI, które uczą się, jak ludzie wykonują codzienne zadania cyfrowe
- Część zatrudnionych krytykowała rozwiązanie, wskazując na prywatność, zużycie danych i baterii w laptopie
- Spór pokazuje, że rozwój AI w firmach coraz częściej zderza się z prawami pracowników i kulturą zaufania
Pół godziny przerwy od firmowego monitoringu
Meta Platforms wycofuje się częściowo z jednej z bardziej kontrowersyjnych inicjatyw wdrożonych w ostatnich miesiącach. W kwietniu firma uruchomiła program monitorowania ruchów myszą i uderzeń w klawiaturę pracowników. Teraz, po wewnętrznej krytyce, zdecydowała się wprowadzić możliwość czasowego „pauzowania” narzędzia.
Pracownik będzie mógł zatrzymać rejestrowanie aktywności na maksymalnie 30 minut, jeśli sytuacja ma charakter osobisty.
To nie koniec zmian. Według informacji przekazanych pracownikom część osób będzie mogła także całkowicie zrezygnować z udziału w programie. Dotyczy to jednak wybranych przypadków, tj. pracowników zdalnych mających problemy z przepustowością internetu oraz osób pracujących z materiałami szczególnie wrażliwymi.
Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak techniczna korekta firmowej polityki. W praktyce jest to jednak reakcja na rosnący opór pracowników wobec tego, jak firmy technologiczne wykorzystują dane generowane w codziennej pracy.
W biurach Meta miały pojawiać się protestacyjne ulotki, a na wewnętrznych forach pracownicy wyrażali obawy dotyczące prywatności, zużycia transferu internetowego i szybszego rozładowywania baterii komputerów.
AI potrzebuje danych, ale pracownicy pytają o granice
Meta tłumaczyła wcześniej, że narzędzie nie powstało po to, aby klasycznie nadzorować produktywność pracowników. Według firmy chodzi o trenowanie wewnętrznych modeli sztucznej inteligencji. Jeśli AI ma pomagać ludziom wykonywać codzienne zadania na komputerze, musi zobaczyć, jak te zadania faktycznie wyglądają. Jak użytkownicy klikają, przechodzą między menu, wybierają opcje, poruszają się po interfejsach i wykonują powtarzalne czynności.
To argument, który dobrze pokazuje logikę obecnego wyścigu AI. Największe firmy technologiczne nie potrzebują już tylko tekstów, obrazów czy kodu. Potrzebują również danych o zachowaniach. Chcą wiedzieć nie tylko, co użytkownik pisze, ale też jak pracuje, w jakiej kolejności podejmuje decyzje i jak wygląda jego cyfrowa rutyna.
Problem polega na tym, że w środowisku pracy taka granica jest wyjątkowo delikatna. Komputer służbowy nie zawsze służy wyłącznie do idealnie odseparowanych zadań zawodowych. Pracownik może sprawdzić prywatną wiadomość, otworzyć dokument medyczny, czy też wykonać przelew. Nawet jeśli firma deklaruje zabezpieczenia prywatności, sam fakt ciągłego rejestrowania aktywności może budzić poczucie kontroli.
Jeden z inżynierów Meta miał napisać wewnętrznie, że ma mieszane uczucia wobec AI. Z jednej strony lubi używać jej do pisania oprogramowania, z drugiej obawia się wpływu tej technologii na świat. Najważniejsze pytanie dotyczy jednak norm, które firmy ustanawiają już teraz. Czy AI ma być narzędziem wspierającym pracę, czy raczej systemem, który zmienia pracownika w źródło danych treningowych?
Sprawdź też: SEO nie umiera, tylko zmienia właściciela. Małe firmy muszą nauczyć się mówić do AI
Meta przyspiesza w AI, a koszty rosną
Spór o monitorowanie aktywności wpisuje się w znacznie szerszą strategię Meta. Mark Zuckerberg coraz mocniej przesuwa firmę w stronę sztucznej inteligencji i chce, aby Meta konkurowała z innymi gigantami technologicznymi w budowie zaawansowanych modeli oraz asystentów AI. Firma prognozuje ogromne nakłady inwestycyjne na infrastrukturę AI, liczone w dziesiątkach miliardów dolarów.
To oznacza presję nie tylko na centra danych i układy obliczeniowe, ale również na organizację pracy. Meta szuka sposobów, by przyspieszyć rozwój modeli, zwiększyć produktywność i przebudować zespoły wokół AI. W połowie maja firma miała zwolnić ponad 8 tys. pracowników, tłumacząc zmiany przejściem w stronę mniejszych, bardziej płaskich i szybszych zespołów. Przekaz jest jasny: AI ma być nie dodatkiem, lecz osią nowego modelu działania.
W Polsce również coraz więcej firm wdraża narzędzia AI, systemy monitorowania pracy, analitykę produktywności i rozwiązania wspierające automatyzację zadań biurowych. Pracodawcy muszą jednak pamiętać o RODO, przepisach prawa pracy i zasadzie proporcjonalności. Monitoring pracownika nie może być dowolny, ukryty ani nadmierny wobec celu. Jeśli firmy będą chciały trenować AI na danych z codziennej pracy, będą musiały jasno wyjaśniać, jakie dane zbierają, po co, przez jak długo i kto ma do nich dostęp.
Przypadek Meta pokazuje więc przyszłość, która szybko przestaje być abstrakcją.
Firmy będą chciały wykorzystywać zachowania pracowników do uczenia systemów AI, bo właśnie tam kryje się wiedza o procesach, produktywności i automatyzacji. Pracownicy będą natomiast coraz częściej pytać, czy w tej wymianie pozostają partnerami, czy stają się jedynie dostawcami danych. I to takimi, których z czasem będzie można zastąpić oprogramowaniem.
Półgodzinna pauza w Meta nie rozwiązuje tego sporu. Jest raczej sygnałem, że nawet największe firmy technologiczne muszą liczyć się z reakcją własnych zespołów. W erze AI zaufanie może okazać się równie ważnym zasobem jak dane, modele i moc obliczeniowa.
Czytaj też: AI miała zabić software. Teraz napędza rajd ServiceNow i całej branży
