USA: rynek pracy się poprawia, ale miliony osób nadal ma problem. W Polsce działa podobny mechanizm

Amerykański rynek pracy znów tworzy miejsca zatrudnienia / Fot. Mat. własne Amerykański rynek pracy znów tworzy miejsca zatrudnienia / Fot. Mat. własne
Amerykański rynek pracy znów tworzy miejsca zatrudnienia / Fot. Mat. własne

Amerykański rynek pracy znów tworzy miejsca zatrudnienia, a stopa bezrobocia spadła do 4,2%. Za tą poprawą kryje się jednak grupa, której statystyki niewiele pomagają: niemal dwa miliony osób szuka pracy od co najmniej pół roku. Najmocniej problem dotyka specjalistów, pracowników biurowych i ludzi w najlepszym wieku produkcyjnym.

  • Prawie 2 mln Amerykanów pozostaje bez pracy co najmniej 27 tygodni, mimo poprawy głównych wskaźników
  • Długotrwale bezrobotni stanowią 27,3% wszystkich osób bez pracy, o 4 pkt proc. więcej niż rok wcześniej
  • Najtrudniejsza sytuacja panuje w usługach profesjonalnych, finansach, administracji publicznej i IT
  • Niski poziom zwolnień maskuje problem: firmy rzadko redukują zatrudnienie, ale równie rzadko przyjmują nowych ludzi

Jeszcze kilka miesięcy temu amerykański rynek pracy budził niepokój. Dziś obraz jest lepszy. Gospodarka tworzy miejsca pracy czwarty miesiąc z rzędu, a bezrobocie zeszło do 4,2%. Nie oznacza to jednak, że znalezienie zatrudnienia stało się łatwe. Dla dużej grupy kandydatów rynek pozostaje praktycznie zamknięty.

Według danych Departamentu Pracy niemal dwa miliony Amerykanów nie ma zatrudnienia od co najmniej 27 tygodni. W czerwcu osoby te stanowiły 27,3% wszystkich bezrobotnych. To o 4 pkt proc. więcej niż rok wcześniej i wynik bliski najwyższemu poziomowi od końca 2021 r., gdy gospodarka wychodziła z pandemicznego wstrząsu.

Sześć miesięcy bez pracy to moment szczególnie niebezpieczny. Wielu kandydatom kończą się wtedy odprawy, zasiłki lub oszczędności. Im dłuższa przerwa w CV, tym większe ryzyko, że rekruterzy zaczną ją traktować jako sygnał ostrzegawczy, nawet przy dobrych kompetencjach.

Mało zwolnień, ale jeszcze mniej rekrutacji

Obecna sytuacja jest nietypowa. Firmy nie prowadzą masowych redukcji, dlatego liczba nowych bezrobotnych pozostaje relatywnie niska. Jednocześnie pracodawcy od około dwóch lat utrzymują ostrożne tempo rekrutacji. Ekonomiści określają ten model jako „low-hire, low-fire” — mało zwolnień, mało nowych etatów.

Dla pracujących oznacza to stabilność. Dla osób, które wypadły z rynku, sytuacja jest znacznie trudniejsza.

Dla przykładu Norig Karakashian, 38-letni audytor finansowy z Kalifornii, szuka zatrudnienia od półtora roku. Przechodzi rozmowy wstępne, ale procesy urywają się bez konkretów. Mimo doświadczenia zaczął rozważać zmianę zawodu na ślusarza lub zegarmistrza.

Dan Roth, były rekruter zwolniony z Amazona w styczniu 2023 r., próbował doradztwa i wolontariatu, lecz nie znalazł stabilnej pracy. Jego sytuację komplikuje koszt opieki nad dziećmi — nowa pensja musiałaby wyraźnie przewyższać te wydatki, inaczej podjęcie zatrudnienia nie ma sensu.

Dane pokazują, że największe ryzyko dotyczy osób między 25. a 54. rokiem życia. Szczególnie zagrożona jest grupa od połowy dwudziestki do połowy trzydziestki. To ona ma zarówno najwyższą liczbę bezrobotnych, jak i około 27-proc. udział osób pozostających bez zatrudnienia przez co najmniej pół roku.

Białe kołnierzyki tracą przewagę

Największy zastój widać w sektorach kojarzonych dotąd z bezpieczeństwem i wysokimi kwalifikacjami. Ponad jedna trzecia bezrobotnych w usługach profesjonalnych szuka pracy od co najmniej sześciu miesięcy. Duży udział długotrwałego bezrobocia występuje też w administracji publicznej, finansach i technologiach informacyjnych.

To częściowo efekt ograniczania stanowisk menedżerskich po wzroście zatrudnienia po pandemii. Firmy upraszczają struktury, łączą zespoły i ostrożniej zatwierdzają wakaty.

Dodatkową presję tworzą inwestycje w sztuczną inteligencję. Trudno ocenić, ile etatów faktycznie znika z powodu automatyzacji, jednak część przedsiębiorstw łączy redukcje z reorganizacją pracy i wdrażaniem nowych technologii.

Długotrwałe bezrobocie ma skutki wykraczające poza brak pensji. Osoby bez pracy zużywają oszczędności, przestają odkładać na emeryturę, tracą kontakty zawodowe i częściej godzą się na stanowiska poniżej kwalifikacji. Po pół roku kandydaci częściej akceptują niższe wynagrodzenia, co może trwale osłabić ich pozycję dochodową.

Najmocniej skutki mogą odczuć młodzi. Amrita Kumar, absolwentka digital media, przez rok wysyłała aplikacje, wykonując zlecenia freelancerskie i pracę w niepełnym wymiarze. Seria odmów odbija się na finansach i psychice. Brak pierwszego pełnoetatowego stanowiska oznacza też utratę okresu, w którym buduje się kontakty i zdobywa pierwsze awanse.

Polski rynek pracy jest w innym punkcie cyklu, ale mechanizm może być podobny. Niskie bezrobocie rejestrowane nie zawsze oznacza łatwy powrót do zatrudnienia dla specjalistów po utracie etatu. W Polsce również rośnie ostrożność firm przy rekrutacji do marketingu, finansów, HR, administracji czy IT, a część procesów trwa miesiącami lub kończy się bez zatrudnienia. Kandydaci z długą przerwą zawodową mierzą się z presją płacową i oczekiwaniem, że zaakceptują niższe stanowisko. Dlatego warto śledzić nie tylko bezrobocie, lecz także długość poszukiwania pracy, liczbę wakatów i tempo zatrudniania.

Dla amerykańskich kandydatów nadzieją jest to, że część firm zaczyna ponownie odpowiadać na aplikacje. Nie wiadomo jednak, czy poprawa będzie wystarczająco silna, by otworzyć rynek także dla osób pozostających poza nim od wielu miesięcy. Dopóki wskaźnik zatrudniania wyraźnie nie wzrośnie, gospodarka może wyglądać zdrowo w nagłówkach, a jednocześnie pozostawiać wykwalifikowanych ludzi przed zamkniętymi drzwiami.

Sprawdź też: Hollywood ma problem z przebojami. „Toy Story 5” pokazuje, dlaczego jedne filmy rosną, a inne gasną

REKLAMA