Z korporacyjnego fotela do własnego biznesu. Rzucił wysokie stanowisko, by sprzedawać podróże

Ryan Ali założył własny biznes turystyczny. Wcześniej był wiceprezesem ds. marketingu w korporacji Ryan Ali założył własny biznes turystyczny. Wcześniej był wiceprezesem ds. marketingu w korporacji
Ryan Ali założył własny biznes turystyczny. Wcześniej był wiceprezesem ds. marketingu w korporacji

Ryan Ali przez 15 lat pracował w marketingu ochrony zdrowia. Planowanie wyjazdów było dla niego hobby, aż odkrył, że może zamienić je w biznes. W pierwszym roku jako doradca turystyczny zarezerwował podróże warte 1,3 mln dol., ponad dwukrotnie przebijając własny cel. Dziś ma już 2,6 mln dol. wartości rezerwacji i pracuje wyłącznie na własny rachunek.

  • Ryan Ali zaczynał jako doradca podróży po godzinach, równolegle z pracą na stanowisku wiceprezesa ds. marketingu w dużej organizacji
  • Jego początkowy cel wynosił 500 tys. dol. rezerwacji, ale pierwszy rok zakończył wynikiem 1,3 mln dol.
  • Model opiera się na prowizjach 10–15 proc., wypłacanych dopiero po odbyciu podróży przez klienta
  • Najważniejszą przewagą nie jest sama rezerwacja, lecz zaufanie, personalizacja i pomoc dostępna praktycznie całą dobę

Praca w turystyce nie była częścią zawodowego planu Alego. Przez lata działał w marketingu sektora ochrony zdrowia, w tym w obszarze onkologii i badań klinicznych. Pacjenci po chemioterapii czy radioterapii często mówili, że gdy leczenie się skończy, chcą zobaczyć świat. Nie marzyli przede wszystkim o drogim samochodzie, lecz o doświadczeniu.

Ali od dawna organizował wyjazdy znajomym i rodzinie. Był osobą, do której dzwoniono z pytaniem, gdzie pojechać i co zobaczyć. Przez lata traktował to jako hobby, zanim pomyślał o monetyzacji tej umiejętności.

Przełomem okazało się spotkanie z Henley Vazquez, współzałożycielką platformy Fora. Ali wiedział już wtedy, że chciałby stworzyć własną firmę i sam podejmować decyzje. Własny biznes oznaczał odpowiedzialność, ale też kontrolę.

W kwietniu 2025 r. zaczął działać jako doradca Fora po godzinach. Założył, że do końca roku wygeneruje 500 tys. dol. wartości rezerwacji. Po sześciu miesiącach miał już 1 mln dol., a pierwszy rok zakończył na poziomie 1,3 mln dol. To pozwoliło mu zrezygnować z etatu i skoncentrować się na nowej działalności.

Milion sprzedaży nie oznacza miliona na koncie

Najciekawszy element tej historii dotyczy ekonomiki biznesu. Wartość rezerwacji nie jest bowiem przychodem doradcy. Jego prowizja może wynosić od 10 do 15 proc., a pieniądze są wypłacane dopiero wtedy, gdy klient faktycznie odbędzie podróż.

To tworzy lukę między sprzedażą a gotówką. Jeśli doradca sprzeda wyjazdy za 1 mln dol. i teoretycznie wypracuje 100 tys. dol. prowizji, nie oznacza to, że od razu dysponuje tą kwotą. Część klientów może rezerwować podróże na kolejne lata, więc prowizje trafiają do niego stopniowo.

Dla osoby rezygnującej z wysokiej pensji to spore ryzyko. Firma może imponować wartością zamówień, a jednocześnie wymagać oszczędności i dobrego planowania płynności. Ali przyznaje, że właśnie zastąpienie stabilnej pensji dochodem opartym na przyszłych prowizjach było najtrudniejszą częścią zmiany kariery.

Obecnie łączna wartość zarezerwowanych przez niego podróży sięga 2,6 mln dol. Kolejnym celem jest 3 mln dol. Przy prowizji około 10 proc. oznaczałoby to potencjalnie około 300 tys. dol. dochodu, rozłożonego jednak w czasie.

Sprawdź też: Akcje firmy przestają być przywilejem prezesów. Coraz częściej dostają je zwykli pracownicy

Największa przewaga? Człowiek, który odbierze telefon o 2 w nocy

Ali nie konkuruje z serwisami rezerwacyjnymi wyłącznie ceną. Jego produkt to przede wszystkim obsługa i relacja. Specjalizuje się w podróżach rodzinnych, szczególnie takich, które mają zaoferować dzieciom doświadczenia odrywające je od telefonów. Rezerwuje m.in. wyjazdy do Ameryki Południowej, na Karaiby i do Europy.

Proces zaczyna od pytania „dlaczego?”. Jeśli klient mówi, że chce jechać do Włoch w sierpniu, Ali nie ogranicza się do listy hoteli. Pyta, co naprawdę stoi za tym wyborem, a następnie może zaproponować mniej oczywiste kierunki, lepiej dopasowane do rodziny.

Drugim filarem są kontakty. Gdy klient wybiera hotel, Ali może zadzwonić do osoby, którą zna na miejscu, i poprosić o dodatkowe doświadczenie, np. rocznicową niespodziankę. Po podróży zbiera od rodziny informacje przydatne przy kolejnych wyjazdach.

Najmocniejszą obietnicą jest dostępność. Klienci mogą kontaktować się z nim przez całą dobę. Jeśli lot zostanie odwołany, doradca ma nie tylko odebrać telefon o 2 w nocy, lecz najlepiej wiedzieć o problemie wcześniej i mieć już przygotowane rozwiązanie. W świecie, w którym hotel czy bilet można kupić samodzielnie w kilka minut, właśnie taka warstwa usługowa staje się uzasadnieniem prowizji.

Polski rynek daje podobną przestrzeń dla wyspecjalizowanych doradców. Rezerwacja lotu, hotelu czy apartamentu jest dziś prosta, więc trudno budować biznes wyłącznie na pośrednictwie. Większą wartość można tworzyć tam, gdzie klient kupuje oszczędność czasu, selekcję ofert, opiekę w razie problemów i dostęp do doświadczeń, których trudno szukać samodzielnie. Szczególnie ciekawy może być segment rodzin premium, podróży szytych na miarę, wyjazdów firmowych i dalekich kierunków wymagających złożonej logistyki.

Historia Alego pokazuje więc nie tylko, jak zamienić pasję w pracę. To również przykład biznesu, w którym technologia obniża barierę wejścia, ale nie eliminuje znaczenia człowieka. Im łatwiej samodzielnie coś zarezerwować, tym bardziej doradca musi sprzedawać coś więcej. Czyli pewność, relację, wiedzę i rozwiązanie problemu wtedy, gdy klient najbardziej go potrzebuje.

Czytaj też: Czy to już AGI? Najnowsze modele AI zmieniają reguły gry szybciej, niż firmy zdążą się przygotować

REKLAMA