Jeszcze niedawno uczelnie przygotowywały studentów głównie do zawodów lekarza, prawnika czy inżyniera. Dziś próbują nadążyć za pokoleniem wychowanym na TikToku, YouTubie i Instagramie. Arizona State University uruchomiła licencjacką ścieżkę z tworzenia treści, która ma uczyć budowania marki, pozyskiwania odbiorców i zarabiania na cyfrowej popularności. Cena czteroletniej nauki może jednak przekroczyć 142 tys. dolarów.
- Arizona State University uruchomiła program licencjacki poświęcony tworzeniu treści i budowaniu wpływu w mediach społecznościowych
- Studenci mają uczyć się produkcji wideo, podcastów, strategii marki, angażowania odbiorców i monetyzacji treści
- Koszt czteroletniej nauki może sięgnąć ok. 142,9 tys. dolarów, bez uwzględnienia części wydatków na życie
- Uczelnia odpowiada na zmianę aspiracji młodych ludzi, z których ponad połowa deklaruje chęć zostania influencerem
Arizona State University zaprezentowała program Bachelor of Arts in Content Creation, którego celem jest przygotowanie studentów do pracy w gospodarce twórców. Kandydaci mają poznawać kreatywną i biznesową stronę obecności w internecie — od produkcji filmów i podcastów, przez budowę marki osobistej, aż po analizę zaangażowania odbiorców i tworzenie strategii dla różnych platform.
Zapisz się na newsletter BGR. Otrzymuj najlepsze informacje i porady, a także zaproszenia na eventy.
Klikając „Zapisz mnie”, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.
Uczelnia opisuje ten kierunek jako połączenie „sztuki i nauki cyfrowego wpływu”. Absolwenci mają być gotowi nie tylko do prowadzenia własnych kanałów, ale też do pracy w marketingu, public relations, zarządzaniu mediami społecznościowymi czy strategii treści. Program można realizować online albo stacjonarnie w Phoenix i Los Angeles.
Jeszcze kilkanaście lat temu influencer marketing był dodatkiem do reklamy, a twórcy internetowi funkcjonowali na obrzeżach tradycyjnych mediów. Dziś najlepsi zarządzają wielomilionowymi biznesami, tworzą marki, sprzedają produkty i zatrudniają zespoły. Uczelnia sprzedaje więc nie tylko marzenie o sławie, lecz także obietnicę uporządkowania kompetencji zdobywanych dotąd metodą prób i błędów.
Bariery wejścia do branży pozostają jednak niskie. Do rozpoczęcia działalności często wystarczą smartfon i konto na platformie społecznościowej. Tymczasem studia w Phoenix mają kosztować około 35,7 tys. dolarów rocznie, czyli około 142,9 tys. dolarów w całym cyklu. W Los Angeles bazowe czesne dla studentów spoza stanu wynosi około 25 tys. dolarów rocznie, co daje 100 tys. dolarów za cztery lata. Do tego dochodzą koszty zakwaterowania i życia.
Czy algorytmu można nauczyć na studiach?
Program ma sens tam, gdzie tworzenie treści przestaje być hobby, a staje się profesjonalną działalnością. Studenci mogą nauczyć się planowania formatów, pracy z markami, interpretowania danych o odbiorcach, prawa autorskiego, odpowiedzialności za przekaz czy zarządzania reputacją. To często decyduje, czy chwilowa popularność zmieni się w trwały biznes.
Jednocześnie największych internetowych sukcesów nie da się łatwo zamknąć w programie nauczania. Algorytmy zmieniają się szybciej niż sylabusy, formaty tracą popularność z miesiąca na miesiąc, a to, co działa na jednej platformie, może nie mieć znaczenia na innej. Odbiorcy nagradzają autentyczność, wyczucie chwili i szybkość reagowania, czyli cechy, których formalna edukacja nie gwarantuje.
ASU przedstawia więc kierunek szerzej niż tylko jako szkołę dla przyszłych gwiazd TikToka. Uczelnia wskazuje także tradycyjne role korporacyjne, takie jak specjalista lub menedżer marketingu, menedżer PR, strateg treści czy osoba odpowiedzialna za rozwój społeczności. Według materiałów programu absolwenci mogą celować w stanowiska, których wynagrodzenia sięgają w USA od około 133 tys. do 166 tys. dolarów rocznie.
Kierunek ma więc być nie kursem robienia viralowych filmów, ale studiami z komunikacji, marketingu i mediów cyfrowych. Ich wartość może zależeć nie tyle od tego, czy absolwent zostanie influencerem, ile od tego, czy przełoży wiedzę o platformach i odbiorcach na pracę dla firm.
Sprawdź też: Z sypialni babci do 260 tys. dol. miesięcznie. Gen Z odkryła handel na żywo
Pokolenie, które chce zarabiać na uwadze
Popyt na taki kierunek nie pojawił się przypadkiem. Z badania Morning Consult z 2023 r. wynika, że 57% przedstawicieli pokolenia Z chciałoby zostać influencerami. Podobną ścieżkę wybrałoby także 41% dorosłych. Ponad połowa młodych uważa tworzenie treści za wartościową i godną szacunku karierę, a zbliżony odsetek porzuciłby obecne zajęcie, gdyby działalność internetowa pozwalała utrzymać oczekiwany styl życia.
Aspiracje te przejmuje już pokolenie Alfa. Według raportu platformy Whop z 2025 r. ponad 30% osób w wieku 12–15 lat chce pracować jako twórca internetowy, a 21% marzy konkretnie o karierze na TikToku. Dla młodych Emma Chamberlain, MrBeast czy Charli D’Amelio są tym, kim dla wcześniejszych pokoleń byli aktorzy, sportowcy i muzycy. Internetowe gwiazdy wydają się bardziej dostępne: nagrywają z domu, mówią bezpośrednio do widza i pokazują drogę od pierwszego filmu do wielkiego biznesu.
Część młodych nadal chce zostać lekarzami, pielęgniarkami, nauczycielami czy sportowcami. Zmieniła się jednak hierarchia prestiżu. W świecie, w którym uwagę odbiorców można zamienić w sprzedaż, reklamę i kapitał marki osobistej, twórca cyfrowy staje się pełnoprawnym przedsiębiorcą.
W Polsce podobny kierunek zmian jest coraz bardziej widoczny. Influencerzy prowadzą własne sklepy, marki kosmetyczne, kanały subskrypcyjne, podcasty i agencje, a firmy traktują współpracę z twórcami jako stały element marketingu. Polskie uczelnie częściej oferują jednak specjalności z social mediów, komunikacji cyfrowej czy brandingu niż pełny dyplom „z bycia influencerem”. Gdyby taki kierunek pojawił się szerzej także u nas, ważne byłoby połączenie kreatywności z prawem, finansami, etyką reklamy — i praktycznym warsztatem biznesowym.
Czy dyplom za ponad 140 tys. dolarów daje przewagę w branży, w której najważniejszym egzaminem pozostaje reakcja publiczności? Rynek szybko pokaże, czy absolwenci będą budować cyfrowe imperia, czy tylko zdobywać kosztowny dokument potwierdzający kompetencje, które inni opanowali samodzielnie.
Czytaj też: Nissan walczy o przetrwanie. Cła i chińska konkurencja kończą erę globalnej motoryzacji
