Rynek pracy na wstecznym. Utrata etatów bez wzrostu bezrobocia

Ekonomiści mówią o obniżeniu „limitu prędkości” rynku pracy / wygenerowane przez AI Ekonomiści mówią o obniżeniu „limitu prędkości” rynku pracy / wygenerowane przez AI
Ekonomiści mówią o obniżeniu „limitu prędkości” rynku pracy

Amerykański rynek pracy zbliża się do momentu, w którym dawne zasady przestaną działać. Ograniczenie imigracji oraz fala odejść pokolenia baby boomers sprawiają, że gospodarka potrzebuje coraz mniej nowych miejsc pracy, aby utrzymać bezrobocie na stałym poziomie. Wkrótce liczba etatów może nawet spadać, a wskaźnik bezrobocia pozostanie niemal niewzruszony. Podobne trendy widać w innych miejscach na świecie.

  • Jeszcze niedawno USA potrzebowały nawet 125–150 tys. nowych miejsc pracy miesięcznie, aby bezrobocie nie rosło
  • Oxford Economics ocenia, że obecnie wystarcza około 50 tys. etatów, a w 2028 r. próg równowagi może stać się ujemny
  • Starzenie się społeczeństwa i ograniczenie imigracji zmniejszają liczbę osób dostępnych do pracy
  • Słabe dane o zatrudnieniu nie muszą więc skłonić Rezerwy Federalnej do szybkiego obniżania stóp procentowych

Przez dekady comiesięczny raport o zatrudnieniu był odczytywany według prostej reguły. Duży przyrost etatów oznaczał silną gospodarkę i zwykle obniżał stopę bezrobocia. Słabe zatrudnienie lub redukcja miejsc pracy sugerowały natomiast, że firmy nie są w stanie wchłonąć ludzi wchodzących na rynek, a bezrobocie powinno rosnąć.

Największe znaczenie miał tzw. próg równowagi zatrudnienia, czyli liczba nowych etatów potrzebna każdego miesiąca, aby stopa bezrobocia się nie zmieniała. Przez lata za bezpieczny poziom uznawano około 125–150 tys. miejsc pracy. W okresie szczególnie silnego napływu imigrantów w latach 2022–2023 potrzeba było nawet ponad 200 tys. nowych stanowisk miesięcznie.

Teraz ten mechanizm zaczyna działać inaczej. Ekonomiści z oddziału Rezerwy Federalnej w Dallas wyliczyli, że latem i jesienią 2025 r. próg równowagi na krótko spadł poniżej zera. Oznacza to, że zatrudnienie mogło się kurczyć, a stopa bezrobocia i tak nie musiała rosnąć. Powodem nie była odporność na zwolnienia, lecz spadek liczby osób poszukujących pracy.

Oxford Economics szacuje, że obecnie amerykańska gospodarka potrzebuje około 50 tys. nowych etatów miesięcznie. To ułamek poziomu sprzed kilku lat. Według prognozy ekonomistów Matthew Martina i Bernarda Yarosa w 2027 r. wskaźnik może spaść do zera, a rok później stać się lekko ujemny.

Sprawdź też: Nissan walczy o przetrwanie. Cła i chińska konkurencja kończą erę globalnej motoryzacji

Mniej imigrantów, więcej emerytów

Za zmianą stoją dwa wielkie procesy demograficzne. Pierwszym jest zaostrzenie polityki migracyjnej przez administrację Donalda Trumpa. Ograniczenia dotyczące wjazdu, legalizacji pobytu i statusu części cudzoziemców zmniejszają dopływ pracowników, którzy w poprzednich latach zasilali amerykański rynek. Mniej nowych osób w sile roboczej oznacza niższy próg tworzenia miejsc pracy.

Drugim procesem jest przechodzenie na emeryturę pokolenia baby boomers. Fala odejść ma osiągnąć największą skalę w latach 2026–2029. Każda osoba kończąca aktywność zawodową zmniejsza podaż pracy, zwłaszcza jeśli na jej miejsce nie wchodzi młodszy pracownik. W efekcie gospodarka może rosnąć bez zwiększania zatrudnienia w tempie, które niedawno uznano by za zdrowe.

Ekonomiści nazywają to obniżeniem „limitu prędkości” rynku pracy. Im mniej osób jest dostępnych, tym mniej etatów mogą tworzyć przedsiębiorstwa bez wywoływania niedoborów pracowników i presji płacowej. Może więc powstać gospodarka rozwijająca się bez wyraźnego wzrostu zatrudnienia — a nawet przy jego okresowym spadku.

Nie oznacza to automatycznie fali zwolnień. Oxford Economics oczekuje, że liczba miejsc pracy nadal będzie lekko rosła, między innymi dzięki ochronie zdrowia i innym branżom stosunkowo odpornym na cykl koniunkturalny. Jednocześnie bezrobocie może pozostawać stabilne lub delikatnie spadać, choć miesięczne raporty o zatrudnieniu będą wyglądały znacznie słabiej niż kilka lat wcześniej.

Firmy mogą także gromadzić pracowników na zapas. Jeżeli menedżerowie spodziewają się dalszego kurczenia podaży pracy, będą ostrożniej podchodzić do redukcji etatów — nawet przy słabszym popycie. Takie „chomikowanie pracy” było widoczne po pandemii, gdy przedsiębiorstwa pamiętały, jak trudno było później odbudować zespoły. Dodatkowym impulsem może być utrata prawa do pracy przez część cudzoziemców objętych wcześniej czasową ochroną.

Fed nie zareaguje na sam spadek etatów

Ta zmiana komplikuje zadanie Rezerwy Federalnej. Dotychczas gwałtowne osłabienie przyrostu zatrudnienia było sygnałem, że gospodarka hamuje, a bank centralny powinien rozważyć obniżki stóp procentowych. W nowym układzie sama stagnacja liczby etatów nie musi jednak świadczyć o kryzysie.

Jeżeli zatrudnienie będzie rosło bardzo wolno lub nawet lekko spadało, ale bezrobocie pozostanie stabilne, Fed może uznać, że rynek pracy nadal jest napięty. Do zmiany kierunku polityki pieniężnej potrzebny byłby wyraźny wzrost bezrobocia, większa liczba zwolnień i inne sygnały osłabienia popytu. Dla inwestorów oznacza to, że słaby nagłówek z raportu payrolls nie będzie już automatycznie zapowiedzią niższych stóp.

Paradoksalnie gospodarka może więc jednocześnie tracić miejsca pracy i pozostawać blisko pełnego zatrudnienia. Taki obraz byłby trudniejszy do interpretacji: firmy mogą ograniczać rekrutację, pracownicy rzadziej zmieniać zatrudnienie, a mimo to wskaźniki bezrobocia nie pokażą klasycznej recesji. Coraz ważniejsze staną się dane o aktywności zawodowej, migracji, przepracowanych godzinach i wakatach.

Polska stoi przed podobnym, choć nie identycznym wyzwaniem. Według GUS liczba mieszkańców kraju w I kwartale 2026 r. spadła o około 155 tys. rok do roku, a PIE szacuje, że do 2035 r. zasób pracowników może zmniejszyć się o blisko 2,1 mln. Jednocześnie w polskim systemie ubezpieczeń pozostaje liczna grupa cudzoziemców. To oznacza, że w kolejnych latach niski wzrost zatrudnienia nie musi automatycznie świadczyć o słabej gospodarce, lecz może coraz częściej wynikać z niedoboru ludzi.

Dla rządów, banków centralnych i przedsiębiorstw będzie to zasadnicza zmiana. Zdrowia rynku pracy nie da się już mierzyć wyłącznie liczbą nowo utworzonych etatów. Gdy społeczeństwo się starzeje, a migracja maleje, nawet gospodarka redukująca zatrudnienie może utrzymywać niskie bezrobocie. Problemem nie będzie wówczas nadmiar ludzi bez pracy, lecz niedobór pracowników zdolnych podtrzymać wzrost.

Czytaj też: IKEA nie zwalnia ludzi przez AI. Przesuwa ich tam, gdzie bot nie wystarcza

REKLAMA