70 lat, tysiące użądleń i gospodarstwo na krawędzi. Pszczelarz walczy o rodzinne dziedzictwo

David Bradshaw całe życie spędził między ulami David Bradshaw całe życie spędził między ulami
David Bradshaw całe życie spędził między ulami

David Bradshaw całe życie spędził między ulami. Dziś, mając 70 lat, prowadzi rodzinne gospodarstwo założone przez ojca w 1958 r., choć rosnące koszty, choroby pszczół i słabe zbiory sprawiają, że biznes przynosi straty. Mimo wyczerpanych oszczędności nie zamierza się poddać, bo — jak mówi — odpowiada za dziedzictwo rodziny.

  • Bradshaw Honey Farms utrzymuje się przede wszystkim z wynajmowania uli rolnikom do zapylania upraw
  • Gospodarstwo osiągnęło w ubiegłym roku 1,8 mln dol. przychodu, lecz po odliczeniu kosztów zakończyło rok stratą
  • W 2025 r. firma straciła około 60% populacji pszczół, głównie wskutek chorób przenoszonych przez pasożytnicze roztocza
  • Mimo problemów 70-letni właściciel nie planuje odejścia i deklaruje, że pozostanie pszczelarzem do końca życia

Pszczelarstwo było obecne w życiu Davida Bradshawa od dzieciństwa. Jego ojciec, Howard, założył Bradshaw Honey Farms w 1958 r. na podwórku rodzinnego domu w Kalifornii. Początkowo hodowla pszczół była tylko traktowana jako hobby, ponieważ pracował jako mechanik lotniczy. Wszystko zmieniło się po śmiertelnym wypadku w miejscu pracy. Wrócił wtedy do domu, zrezygnował z etatu i uznał, że praca z pszczołami jest bezpieczniejsza.

W 1970 r. rodzina przeniosła się na pięcioakrową działkę w Visalii. Tam Howard rozbudował pasiekę i zaczął wynajmować ule rolnikom potrzebującym owadów do zapylania sadów i plantacji. Z czasem właśnie ta usługa, a nie sprzedaż miodu, stała się fundamentem przedsiębiorstwa.

David początkowo nie planował przejmować gospodarstwa. Jako nastolatek chciał zostać mechanikiem samochodowym. Potrzeby firmy okazały się jednak silniejsze. Zdobył wykształcenie związane z mechanizacją rolnictwa i rozpoczął pracę przy ulach. W połowie lat 80. zarówno on, jak i jego ojciec mieli już po około 2 tys. rodzin pszczelich.

Howard stopniowo przekazywał synowi odpowiedzialność. Ojciec i syn prowadzili firmę wspólnie aż do śmierci Howarda w 2019 r. Dziś pracuje w niej również kolejne pokolenie: córka Davida odpowiada za rozlewanie i pakowanie miodu, a syn pomaga w razie potrzeby.

Pszczoły w nieustannej podróży

Bradshaw Honey Farms nadal działa z tej samej posesji w Visalii, ale ule przez większą część roku przemieszczają się po dolinie San Joaquin. Sezon rozpoczyna się w połowie lutego, gdy pszczoły trafiają do sadów migdałowych. Następnie przewożone są na plantacje wiśni i śliwek, a późną wiosną zapylają drzewa pomarańczowe, cytrynowe i grejpfrutowe. Latem oraz wczesną jesienią część uli trafia w góry Sierra Nevada, gdzie owady korzystają z dziko rosnących roślin i odbudowują zapasy.

Model wymaga transportu i dostępu do dużych terenów. Kiedy pszczoły nie zapylają upraw, Bradshaw wynajmuje od rolników i hodowców bydła pastwiska, na których może ustawić ule. Część właścicieli ziemi zgadza się na współpracę w zamian za dostawy miodu. Bez ich dobrej woli prowadzenie większej pasieki byłoby niemal niemożliwe.

Wymagające jest również pozyskiwanie miodu. Bradshaw i jego pracownik zdejmują z uli ciężkie nadstawki, ładują je wózkiem widłowym na samochód i przewożą do gospodarstwa. Tam przez wiele dni trwa wirowanie, filtrowanie i przygotowywanie produktu do rozlewu, którym zajmuje się córka właściciela.

Problem polega na tym, że miodu jest coraz mniej, a jego sprzedaż przestała być głównym źródłem przychodów. Bradshaw wskazuje na słabsze zbiory i konkurencję tańszych produktów importowanych. Firma sprzedaje więc sprzęt pszczelarski, dodatki żywieniowe dla owadów oraz pozyskuje miód dla innych lokalnych pasiek.

Sprawdź też: Spider-Man znów otwiera Chiny na Hollywood. Marvel odzyskuje najważniejszą publiczność

Milionowe przychody, straty i walka o przetrwanie

W ubiegłym roku Bradshaw Honey Farms wypracowało około 1,8 mln dol. przychodu. Kwota może robić wrażenie, jednak po odliczeniu kosztów firma zakończyła rok pod kreską. Dużym obciążeniem są wynagrodzenia dwóch pełnoetatowych pracowników, paliwo potrzebne do przewożenia uli oraz drożejące materiały. Dodatkowym problemem stały się cła obejmujące m.in. opakowania do miodu.

Bradshaw przez lata utrzymywał się z tego, co zostawało po opłaceniu rachunków. Ostatnio musiał jednak sięgać do prywatnych oszczędności, które praktycznie się skończyły. Mimo to nadal reinwestuje pieniądze w gospodarstwo. Nie traktuje go wyłącznie jako biznesu, lecz jako rodzinne zobowiązanie pozostawione przez ojca.

Największe ryzyko nie ma jednak charakteru finansowego. Los firmy zależy przede wszystkim od kondycji pszczół. Zbyt mała ilość deszczu ogranicza wzrost roślin i dostęp do pyłku, a nadmierne opady uniemożliwiają owadom wylatywanie z uli. W takich okresach Bradshaw musi podawać im białkowe dodatki i syrop cukrowy.

Szczególnie groźne są pasożytnicze roztocza, które osłabiają pszczoły i przenoszą wirusy. W 2025 r. Bradshaw stracił około 60% swojej populacji. Problem dotyczy całej branży. W badaniu organizacji Project Apis m. odnotowano śmierć 62% komercyjnych rodzin pszczelich w USA między czerwcem 2024 r. a lutym 2025 r. Wśród głównych przyczyn wymieniano pasożyty, patogeny, pestycydy i niedożywienie.

Polscy pszczelarze mierzą się z podobnym zestawem zagrożeń: zmienną pogodą, chorobami rodzin pszczelich, presją cenową oraz kosztami dokarmiania i transportu uli. Wiele krajowych pasiek pozostaje firmami rodzinnymi, dla których działalność ma znaczenie większe niż wynik finansowy. Zapylanie upraw, choć w Polsce rzadziej rozwinięte jako osobna usługa na skalę amerykańską, może z czasem stawać się ważniejszym źródłem przychodów.

Bradshaw obawia się, że coraz więcej niezależnych pszczelarzy zrezygnuje i sprzeda gospodarstwa większym podmiotom. Jego zdaniem do prowadzenia pasieki nie wystarcza kalkulacja finansowa. Trzeba naprawdę dbać o pszczoły, bo osoby nastawione wyłącznie na szybki zysk zazwyczaj nie wytrzymują presji.

On sam nie potrafi wyobrazić sobie odejścia. Mówi, że jest pszczelarzem „na wskroś” i prawdopodobnie będzie nim do śmierci. Największą satysfakcję daje mu moment, gdy rodziny są silne, a sezon kończy się dobrym zbiorem. Wtedy, mimo strat, zmęczenia i niepewności, widzi sens dalszej walki o gospodarstwo, które zaczęło się niemal siedem dekad temu od kilku uli na rodzinnym podwórku.

Czytaj też: Pochwały zamiast awansu. Cztery pytania, które pokażą, czy twoja praca naprawdę rozwija karierę

REKLAMA