Boom na sztuczną inteligencję napędza boom na centra danych, ale wraz z kolejnymi inwestycjami rośnie też polityczny opór. Obie strony mają jednak skłonność do przesady. Jedni ogłaszają projekty, które nigdy nie powstaną, drudzy triumfalnie je blokują.
- W USA mnożą się zapowiedzi gigantycznych centrów danych, ale duża część może nigdy nie wyjść poza etap komunikatu prasowego
- Politycy coraz częściej budują popularność na krytyce inwestycji postrzeganych jako prądożerne, hałaśliwe i szkodliwe dla otoczenia
- Mimo rosnącej liczby protestów udział projektów opóźnionych lub anulowanych pozostaje na poziomie ok. 10 proc.
- Największym ograniczeniem dla branży nadal są energia, chipy, pracownicy i infrastruktura, a nie regulacje
Dobrym symbolem zjawiska stał się projekt Kevina O’Leary’ego, znanego z programu „Shark Tank”. W lutym ogłosił plan budowy w Utah jednego z największych kompleksów centrów danych na świecie. Rynek przyjął zapowiedź chłodno. Nie było jasne, skąd ma pochodzić finansowanie ani energia. Jeden z analityków nazwał takie projekty „vapourware gigawatts” – gigawatami istniejącymi bardziej w prezentacjach niż w konkretnej infrastrukturze.
Zapisz się na newsletter BGR. Otrzymuj najlepsze informacje i porady, a także zaproszenia na eventy.
Klikając „Zapisz mnie”, potwierdzasz, że przeczytałeś i zgadzasz się z naszą Polityką prywatności.
Politycznie sprawa szybko jednak urosła. J. Stuart Adams, przewodniczący Senatu Utah, który początkowo wspierał przedsięwzięcie, później zażądał zmniejszenia jego skali o trzy czwarte. O’Leary ostatecznie ograniczył plany, a sam spór stał się tematem kampanii wyborczej.
Centra danych są łatwym celem. To wielkie, zamknięte hale zużywające ogromne ilości prądu, wymagające rozbudowy sieci i budzące obawy o hałas, wodę czy krajobraz. Jednocześnie właśnie na nich opiera się infrastrukturalne zaplecze boomu AI.
Politycy blokują projekty, które często i tak by nie powstały
Rosnący sprzeciw społeczny stał się wygodnym paliwem politycznym. Gubernator Pensylwanii Josh Shapiro w sierpniu zaatakował deweloperów, którzy jego zdaniem „straszą społeczności” wielkimi planami, i podpisał rozporządzenie mające ukrócić spekulacyjne projekty. Wskazał, że spośród ponad 100 ogłoszonych inwestycji mniej niż jedna piąta wystąpiła o pozwolenia konieczne do rozpoczęcia budowy.
Obok Google’a, Amazona i innych gigantów działa długi ogon funduszy, deweloperów, firm kryptowalutowych i operatorów chmurowych. Nie każda zapowiedź ma podobną wiarygodność. Analitycy Bernsteina traktują plany Google’a czy Amazona jako wiarygodne, ale projekty CoreWeave czy Nebiusa dyskontują mniej więcej o połowę.
Polityk może więc ogłosić sukces po ograniczeniu projektu, który od początku miał małe szanse na realizację. Przykładem był 3-gigawatowy projekt Vermaland w Arizonie, później znacząco pomniejszony, albo projekt o mocy 1 GW na Florydzie, o którym wiadomo było niewiele poza zakupem gruntu przez mało znaną firmę inwestycyjną.
Czytaj też: Bill Gates ostrzega przed erą AI. „Nie ma planu na wstrząs, który może nadejść”
Moratoria i podatki brzmią groźniej, niż działają
Przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi w USA politycy chętnie demonstrują obawy wobec branży. Nowy Jork ogłosił roczne moratorium na duże projekty, ale nie obejmuje ono inwestycji już zatwierdzonych, a sam stan nie jest głównym centrum amerykańskiej ekspansji. Wirginia wprowadziła podatek energetyczny od centrów danych o wartości 600 mln dol., pozostawiając jednocześnie ulgę podatkową wartą około trzy razy więcej.
Widać to też w Teksasie. Stan jest naturalnym miejscem dla nowych obiektów. Ma dużo przestrzeni, energii i specjalistów od wielkich projektów. Operator sieci otrzymał wnioski o przyłączenie projektów o łącznej mocy aż 474 GW, przy obecnym zapotrzebowaniu szczytowym rzędu 90 GW.
Gubernator Greg Abbott ogłosił audyt projektów data center. Formalnie wygląda to jak zaostrzenie kursu, ale największe firmy z branży publicznie poparły ten ruch. Nowe zasady mogą więc przede wszystkim odsiać najbardziej spekulacyjne przedsięwzięcia.
Prawdziwym hamulcem pozostaje rynek
Mimo coraz głośniejszej debaty udział anulowanych lub opóźnionych projektów pozostaje stabilny i wynosi około 10 proc. Deweloperzy bardziej obawiają się ograniczeń rynkowych, czyli dostępności chipów, transformatorów, energii, wykwalifikowanych ekip budowlanych czy możliwości przyłączenia do sieci.
Jeśli lokalne przepisy staną się zbyt restrykcyjne, mogą też przenosić projekty do innych stanów, na grunty federalne, a w dłuższym terminie nawet za granicę, w tym do Eruopy. Dwa aspekty często więc się równoważą: deweloperzy ogłaszają megaprojekty, które później są pomniejszane, a politycy ofensywę regulacyjną, która okazuje się mniej dotkliwa, niż sugerowały nagłówki.
Polski kontekst jest mniej spektakularny, ale mechanizm może być podobny. Warszawa i jej okolice pozostają głównym rynkiem centrów danych w kraju, a rozwój chmury i AI zwiększa popyt na nowe moce. W Polsce większym ograniczeniem niż lokalny sprzeciw może być jednak dostęp do energii, przyłączy i infrastruktury sieciowej. Najbardziej wiarygodne będą więc nie projekty z największą liczbą megawatów w prezentacji, lecz te, które mają zabezpieczone zasilanie, grunt, finansowanie i klientów.
Sprawdź też: Koniec chaosu przy odbiorze zamówień? Inteligentna podkładka ma wychwycić brakujący produkt
